| < Listopad 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
RSS
poniedziałek, 07 września 2009
przekierowanie.

http://apostrofa.wordpress.com/

21:42, almost-daria
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 stycznia 2009

w mojej głowie odkąd pamiętam istnieje takie miejsce, które przypomina nieco zagracony strych, pełen nowszych i starszych rzecz, które kłębią się nieogarnienie, w którym nie istnieją żadne scieżki, który nie ma map ani kompasów.  w tym miejscu zbierają się moje historie. są ich już całe sterty, tych moich niedokończonych opowieści, tych pomysłów powziętych w chwili magicznego olśnienia i porzuconych, niedokończonych, kiedy nadeszło kolejne. zaczęte światy, narodzone postacie, uruchomione tryby zdarzeń skazane na, zdałoby się, wieczne obracanie w kółko, w tym miejscu w mojej głowie, w którym nie istnieją czas i przestrzeń, które jest wielkie jak kosmos, pozbawione praw i obowiązków. 

ale czasem bywają historie lub postacie, które odmawiają zgody na ten smutny los wiecznego zawieszenia. powracają do mnie, tłukąc w drzwi mojego umysłu, domagając się ukończenia, złożenia w całość, przeżycia swoich żywotów.  a ponieważ ja pośród tego wszystkiego, jestem trochę jak dziecko, które ma zbyt dużo zabawek, czasami uginam się pod ciężarem ich buntu i jeśli mam akurat wolne dłonie, lepię je dalej lub całkiem od nowa. 

a ja to nawet lubię, lubię komplikować, dodawać nowe szczegóły lub odwrotnie - budować pełne rozmachu kosmogonie. albo zapewniać postacie, że szaleństwo nie będzie ich udziałem zawsze, że zostanie im odjęte, że jeszcze będą mieli szansę na wielkość, wolność lub inne rzeczy, których pragną. to czasem okrutne z mojej strony, gdyż mówiąc im te wszystkie rzeczy nieraz już wiem, że nie każdemu z nich dane będzie ocalić życie lub zrealizować plan, nad którym pracowali cale eony albo odzyskać utraconą czystość. nie każdy i nie zawsze może zniszczyć świat i nie każdy i nie zawsze może go uratować. i nie każdy w zderzeniu z tłumem będzie zdolny zachować wyłączność na własne myśli. być może jest coś we mnie z polityka lub dyplomaty, kiedy tak balansuję pomiędzy światami i istotami i staram się jakoś utrzymać ten kosmos w pewnych ryzach, bym ja sama nie została przezeń przytłoczona. 

nie jestem boginią moich światów, choć dana mi jest w nich boska moc. jestem tak samo ich dzieckiem, jak one są moim.

 

23:03, almost-daria
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 listopada 2008
wtorek, 25 listopada

śnieg zawsze mnie uśmiecha. kiedy wszystko pokrywa się warstwą bieli, wydaje mi się, że świat staje się piękniejszy, czystszy, jakby nagle odzyskał część jakiejś utraconej dawno niewinności. idąc na zajęcia poślizgnęłam się na śniegu i kiedy, wykonując pełen gracji lot w stylu znanym skąd inąd jako rozpaczliwy, wylądowałam na plecach, nie mogłam przestać się śmiać z tą wyjątkową dziecięcą radością. i nagle przypomniało mi się, jak kiedyś, dawno temu, siedziałam na sankach, które przez wąskie uliczki mojego osiedla ciągnął za sznurki mój tato. śmiałam się w ten sam sposób, wołając "szybciej, tatusiu, szybciej!". i wtedy tato zaczał biec, a kiedy sanki podskoczyły na jakiejś brakującej kostce chodnika, krzyknęłam "bądź ostrożny!", a tato tylko odwrócił się do mnie i uśmiechnął w taki sposób, że nagle poczułam się równie bezpiecznie, jak w moim własnym pokoju, którego mikroskopijną topografię znałam tylko ja i tylko ja potrafiłam poruszać się pośród porozrzucanych ubrań, komiksów, dziecięcych czasopism i nieprzebranych stert książek i winylowych płyt z muzyką Chopina, Straussa i Elli Fitzgeralld. pokoju, którego punkty centralne stanowiły dwa misie, które obserwowały ten kosmiczny chaos z jakimś stoickim spokojem właściwym tylko pluszowym misiom i jedna jedyna lalka, którą za przykładem mojej dziecięcej bohaterki nazywałam Emilką i której opowiadałam moje Historie. i jeszcze kopia "Małej Księżniczki" na mojej poduszcze, którą dostałam na piąte urodziny zaledwie parę miesięcy wcześniej, a już zdążyłam przeczytać parokrotnie. i świat był wtedy tak migotliwy i nieskażony, bo był światem bohaterów moich najwcześniejszych lektur, Karolci, Madiki z Czerwcowego Wzgórza, Braci Lwie Serce i Ronji, córki zbójnika. świat Baśni z 101 nocy i dawnych legend, które wydawały mi się o tyleż ciekawsze niż prozaiczna piaskownica i lalki nikomu do niczego niepotrzebne. 

niecały rok później, kiedy szłam do zerówki, nagle moim oczom ukazał się inny świat, zupełnie do tamtych światów niepodobny i tak bardzo chciałam wrócić do moich książek, do zamglonych dźwięków winylowych płyt, mojej niani, która obdarowywała mnie koralami i jej synów, którzy wydawali mi się tak niemożliwie dorośli, którzy byli dla mnie jak starsi bracia i opowiadali mi najniezwyklejsze historie. więc nie chciałam oddać się pod opiekę tej obcej kobiecie, ktora wyciągała po mnie rękę i protestowałam i płakałam, a wtedy mój tato uśmiechnął się w ten sam sposób, jak wtedy, kiedy ciągnął mnie na sankach, w jednej sekundzie uciszając wszystkie moje protesty i łzy, i potem już tylko chciałam się uczyć i wiedzieć coraz więcej, i coraz więcej rozumieć, i umieć zadawać mądre pytania. 

12:46, almost-daria
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 sierpnia 2008

śmierć. zawsze przychodzi niespodzianie, nawet kiedy już od dawna wiesz, że jej nadejście jest wyłącznie kwestią czasu. niedługiego czasu. ostatnio pisałam o tym, że ona od lat stopniowo osuwała się w nicość. w ostatnich tygodniach pędziła ku niej z jakąś gwałtowną prędkością. jej mózg jakby spieszył się już ku końcowi. i wreszcie tam dotarł. ale nie odeszła sama. odeszła razem ze swoim mężem, który poświęcił całego siebie, by się nią opiekować. jeżeli jest jakieś życie po śmierci, to pewnie czyni to nadal.

ten proces jest mi dobrze znany. najpierw rozkojarzenie, potem osłabnięcie zdolności ruchowych i myślowych, człowiek wtedy wygląda i zachowuje się, jakby był pijany. potem stopniowa utrata przytomności. najdalej właśnie blisko tego stadium widziałam moją własną mamę. było to tylko raz. siedziała na krześle, zupełnie bezwładnie, utraciwszy kontakt z rzeczywistością. wtedy można już tylko wezwać pogotowie, bo inaczej następuje stadium ostatnie. śmierć. w mieszkaniu wujka nie było wtedy nikogo, kto mógłby wezwać karetkę. przecież nie ciocia, która leżała w swoim łóżku, nawet jeżeli jeszcze wtedy żyła, nawet jeżeli zdawała sobie sprawę, z tego co się dzieje. cóż mogła zrobić. chyba tylko krzyczeć w tej bezsilności, która była jej udziałem i wielkim przekleństwem. a może to ona zmarła pierwsza i on już nie miał motywacji, by walczyć z nieuchronnie spadającym poziomem cukru we krwi. czy zdążył się z nią pożegnać, zanim choroba pozbawiła go przytomności? 

dziś rano obudziło mnie zamieszanie w domu. kiedy zeszłam na dół, zobaczyłam mamę, która w pośpiechu zapina płaszcz. łamiącym się głosem zdołała tylko powiedzieć "oni oboje chyba nie żyją". i już ich nie było. dzwoniłam i dzwoniłam w nadziei, że może jednak to pomyłka, że może po prostu były jakieś problemy z telefonem, ale już ich nie ma i że wujek jednak odbierze. a potem już nie było po co dzwonić. 

mój głęboko zakorzeniony zmysł dramatyczny docenia pewną poetyczność tego, co się stało. świat na chwilę się zatrzymał, a potem spokojnie potoczył dalej, i tylko my wszyscy pozostaliśmy, w głuchym smutku, w którym łzy nic nie pomagają, w którym można tylko zająć się codziennymi bezsensownymi czynnościami, bo alternatywą jest siedzenie ze spojrzeniem utkwionym w ścianie i miarowe głaskanie kota. 

22:12, almost-daria
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 lipca 2008
co można powiedzieć, patrząc, jak ona znika, staje się coraz mniejsza pod ciężarem swojego cierpienia, zagubiona w otaczających ją ciemnościach, w których stopniowemu zapomnieniu ulegają czas i przestrzeń, uwięziona we własnym bezradnym ciele, we własnej fizjologii, kiedy usta nie są w stanie wymówić już najprostrzych słów jak "tak" lub "nie", kiedy może już tylko krzyczeć w bezsilnej złości na siebie, na swoje ciało i umierający mózg, na świat. i wujek, jej mąż, z tą swoją heroiczną cierpliwością, z półprzymkniętymi ustami, z których nie dobywa się nawet jedno słowo skargi, ze zmęczonymi ramionami, którymi usiłuje podnieść swoją żonę, nakarmić ją lub umyć. a ja mogę tylko uciekać w świat rzeczy odległych lub zgoła zupełnie nieistotnych, bo nie umiem się zachować, nic powiedzieć, tylko stłumić mój strach i rozstrzęsienie, drżącą rękę, ściśniętą krtań, w której więzną słowa i to nigdy nie zadane pytanie, jak długo to jeszcze musi potrwać. każde spojrzenie na jej maleńką skuloną postać zamazuje kolejne wspomnienie o tej kobiecie, która kiedyś dawno temu postanowiła, że pokryte mrokiem oczy nie złamią jej, że potrafi je przezwyciężyć, z każdym krokiem opanować ciemność i przestrzeń. o tej kobiecie, która pomagając sobie laską przemierzała kilometrowe spacery, która jeźdżiła (nie)oglądać egipskie piramidy i greckie starożytne amfiteatry, która wygrzewała się na plaży majorki albo pływała w przybrzeżnych wodach wysp kanaryjskich, a która dzisiaj nie potrafi nawet samodzielnie usiąść. kobieta, którą pamiętam jako trochę zbyt surową, trochę zbyt rzadko się śmiejącą, ale zawsze z wysoko uniesioną głową, teraz na moich oczach obraca się w nicość własnego ciała. jej niezawodne wyczucie czasu, według którego można było regulować zegarki teraz się popsuło, pięć minut jest jak pięć godzin, nie nadąża za kalendarzem, więc desperacko wyprzedza go, na wszelki wypadek, o kilka tygodni. więc uciekam od jej oczu o białych źrenicach i nie umiem znaleźć słów ani gestów.
11:19, almost-daria
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4